Pozory mylą, bo niebywale silna Portugalia wcale nie ma silnej ławki rezerwowych. Pozory mylą, bo jeden z najlepszych bramkarzy świata wespół z bardzo solidną obroną puszczają trzy gole w 20 minut. Pozory mylą, bo grająca o honor Polska znowu przegrywa rozgrywając najgorszy mecz na ME. I wreszcie pozory mylą, bo choć Niemcy nie pokazują wiele, to jednak słynne powiedzenie Linekera pozostaje prawdziwe.
Szwajcarzy mieli już tylko pokazać, że pomimo dwóch przegranych nie byli najgorszą drużyną na Euro. I pokazali, a pomogli im w tym głównie piłkarze zaimportowani z innego kraju występującego w tej samej grupie – Gokhan Inler, Hakan Yakin i Eren Derdiyok. Portugalskie rezerwy zaprezentowały się wizualnie znakomicie udowadniając, że granie ładnej nieskutecznej piłki jest prostą drogą do przegranej. Ich rywale zagrali ambitnie i dość mądrze, podobnie jak w poprzednich meczach, ale tym razem mieli odrobinę więcej szczęścia i to już wystarczyło.
Dla odmiany Czesi mieli już tylko przypieczętować swój awans i choć Karel Brueckner ciągle poszukiwał optymalnego ustawienia, to gra Turków w poprzednich meczach sugerowała, że nie będzie to żadnym problemem. Tym razem naprawdę dobrze zaprezentował się Jan Koller, a gdyby w drugiej połowie zakończył swoją indywidualną akcję golem, mógłby być bohaterem meczu. Został nim jednak kto inny, ale przedtem nasi południowi sąsiedzi zdobyli dwa gole. Przy drugim asystował nie kto inny jak Libor Sionko, którego za występy na ME trzeba pochwalić. Karel Poborsky może być dumny ze swojego następcy. Pavel Nedved niestety nie może, bo choć Jaroslav Plasil umiejętnie wykończył dośrodkowanie Sionki, to jednak ogólna ocena jego gry musi być bardzo niska. Czechom ewidentnie brakuje dobrego lewego pomocnika – gdyby Rosicky nie był kontuzjowany, to kto wie… Przez długi czas wydawało się jednak, że Turcy nie dadzą rady, ale Arda Turan dał sygnał do ataku. W momencie, gdy rozczarowują zarówno Tuncay, Emre, jak i Nihat, ten młody zawodnik robi furorę. Nie sposób też zapomnieć o Servecie Cetinie, który w tym spotkaniu łatał absolutnie wszystkie dziury w obronie – nie licząc gola, radził sobie z Kollerem całkiem przyzwoicie, a gdy drużyna znad Bosforu coraz częściej atakowała, był jedynym, który radził sobie z powstrzymywaniem czeskich ataków, naprawiał błędy kolegów, a czasem nawet swoje. Gdy Plasila zmienił Michal Kadlec, było wiadomo, że Czesi postawią na obronę, w której brylował David Rozehnal. To jednak ich zgubiło, bo w końcówce nagle obudził się Nihat Kahveci i z drobną pomocą Petra Cecha i Marka Jankulovskiego poprowadził Turków do zwycięstwa. Dwa ewidentne błędy obrony sprawiły, że czeski zespół zmarnował dwubramkowe prowadzenie. Ciężko jednak oprzeć się wrażeniu, że winna była przede wszystkim zbyt zachowawcza gra – przy stanie 2:0 inicjatywa została całkowicie przejęta przez Hamita Altintopa i spółkę. Dwa znakomite podania pomocnika Bayernu załatwiły sprawę.
W spotkaniu Polaków obydwie drużyny miały sytuacje bramkowe, ale Chorwaci zdecydowaną większość czasu kontrolowali sytuację. Być może, gdyby nie idiotyczne zachowanie obrońców, którzy po zderzeniu Wasilewskiego z Klasniciem stanęli oczekując na gwizdek sędziego, mecz zakończyłby się remisem. Tymczasem niezmordowany Daniel Pranjić dobiegł do piłki, oddał szybko w pole karne i strzał napastnika Werderu znalazł drogę do siatki. Artur Boruc po raz kolejny ratował swoich kolegów przed utratą kilku goli, za to Mariusz Lewandowski grał wyjątkowo słabo i już w przerwie został zmieniony. Grający w środku pola Ognjen Vukojević kontrolował tempo gry i umiejętnie przeszkadzał polskiej drużynie w rozegraniu. Gra poprawiła się trochę po wejściu Euzebiusza Smolarka i Tomasza Zahorskiego, ale kilka całkiem udanych akcji nie przyniosło powodzenia. Zabrakło szybkich podań podczas wymiany piłki przed polem karnym Chorwatów, słabo spisywały się też nasze skrzydła. Najlepszą sytuację bramkową zmarnował Zahorski przegrywając pojedynek z Vedranem Runje po znakomitym podaniu Smolarka.
W ostatnim meczu chwilami ciężko było zauważyć, który zespół jest tym teoretycznie lepszym. W ataku Austrii zagrał prezentujący się ostatnio znakomicie Umit Korkmaz, ale tym razem nie wyróżnił się niczym szczególnym. W zasadzie nikt nie wyróżnił się niczym szczególnym. Ewentualnie austriacki bramkarz Juergen Macho, który mógł obronić strzał Ballacka z rzutu wolnego. Owszem, bardzo mocne uderzenie, ale w tę część bramki, w której stał Macho. Niemcy wyglądali, jakby już się oszczędzali na ćwierćfinał i prawdopodobnie tak było. W linii defensywnej Arne Friedrich zastąpił Marcella Jansena i zamienił się stronami z Lahmem – efekt bardzo słabej gry tego drugiego w dwóch poprzednich meczach. Posunięcie okazało się słuszne, tym razem niemiecka obrona była wystarczająco solidna. Jak na Austriaków