W meczach dwóch kolejnych grup byliśmy świadkami gry tak porywającej, że ręce składały się do oklasków oraz gry tak nudnej, że dowolna telenowela wydaje się szczytem wyrafinowanej rozrywki. W dodatku wreszcie zanotowano sporą niespodziankę – bynajmniej nie była to ofensywna gra Grecji, o co można było piłkarzy z Półwyspu Bałkańskiego podejrzewać choćby po towarzyskim spotkaniu z Portugalią.
Przy założeniu, że w grupie C to Rumunia była kopciuszkiem nasuwa się krótka refleksja. W meczu z Francją zespół Victora Piturki zaprezentował sporo swoich walorów, w przeciwieństwie do rywali, którzy wydawali się być zupełnie bezsilni. Choć mecz był dość żywy, to jednak jego atrakcyjność pozostawiała wiele do życzenia. Ribery próbował szarpać na obydwu skrzydłach, próbował schodzić do środka, ale rozegrał chyba równie słabe spotkanie co 2 lata temu ze Szwajcarią – z tą różnicą, że tym razem nie wszedł w mecz w 95. minucie. W zasadzie on z tego meczu wyszedł. Nie można odmówić mu aktywności, ale od piłkarza, który mieni się być nowym Zidane’m, można i wypada wymagać więcej. Pomimo wątpliwości ekspertów całkiem dobrze wypadła linia obrony, ale Rumuni też nie nacierali zbyt ostro – zwłaszcza Mutu był słabo widoczny. Znakomicie wypadł zastępujący Vieirę Jeremy Toulalan – opanowanie, przechwyty w środku pola, regulowanie tempa gry… wszystko najwyższej klasy. Zabrakło jednak kogoś, kto umiałby prostopadłym podaniem uruchomić napastników, nawet cofający się często Benzema nie wyróżnił się niczym szczególnym. Najczęstszym sposobem gry było długie podanie do napastników, a z tym w większości przypadków rumuńska defensywa radziła sobie świetnie. W jej szeregach znakomicie prezentował się Razvan Rat, pewny w defensywie i bardzo aktywny w ataku. Jednak spotkanie wyglądało w większości tak, jakby drużyny przede wszystkim nie chciały stracić gola. Ten cel udało im się osiągnąć.
Konia z rzędem temu, kto spodziewał się, że Pomarańczowi tak wysoko wygrają swój pierwszy mecz. Podobno Johan Cruijff zarzucał van Bastenowi, że zdradził holenderskie ideały przestawiając swój zespół na 4-2-3-1. Skoro tak, to widocznie wspomniane ideały nie nadają się do wygrywania meczów, a tym bardziej turniejów. Znakomita gra w środku pola Engelaara i de Jonga, fantastyczna kreatywność trójki grającej za van Nistelrooyem i przede wszystkim absolutnie genialny Giovanni van Bronckhorst. Włosi nie mieli nic do powiedzenia, pomimo tego, że grali dobrze. Widać jednak, że brakowało im kogoś jeszcze bardziej kreatywnego niż Camoranesi, a z kolei de Rossi prawdopodobnie byłby lepszym wyborem niż Ambrosini. Głównym powodem ich porażki była jednak słaba defensywa, co wydaje się niemal herezją. Fatalny mecz Materazziego, Barzagli bez przebłysków, nienajlepsza gra Gattuso i to już wystarczyło. Tym razem zawiódł Luca Toni, a wchodzący z ławki del Piero i Cassano nie zdołali poprawić gry azzurich w znaczącym stopniu. Marco van Basten triumfował, również za sprawą leciwego van der Sara, który niedawno określił się mianem “wraka”, a bezbłędnie bronił strzały Pirlo czy di Natale. Jeśli Holendrzy utrzymają takie nastawienie, mogą zajść daleko. Czyli do półfinału. Prawdopodobnie.
Mecz Hiszpanów z Rosją obył się bez niespodzianek; kto spodziewał się dużo ofensywnej gry i sporych błędów w obronie, otrzymał to w dwójnasób. Hiszpanie grając nieco asymetrycznym 4-4-2 (chwilami przechodzącego w 4-1-3-2) rozrywali obronę Sbornej prostopadłymi podaniami, a ogromną klasą wykazali się Fernando Torres oraz zdobywca hat-tricka, David Villa. Zwłaszcza drugi i trzeci gol to była magia, najpierw idealne podanie od Iniesty, urwanie się z linii obrońców oraz siatka założona bramkarzowi, a potem dojście do podania na dobieg, wkręcenie w ziemię obrońcy i spokojny plasowany strzał. Rosjanie zdołali odpowiedzieć po stałym fragmencie gry, ale to już nie miało wielkiego znaczenia, podobnie jak gol Fabregasa ze spalonego. Mnóstwo dobrej czarnej roboty wykonał Senna, na swoim zwykłym wysokim poziomie zagrali Xavi i Iniesta. Interesujące może być to, że Aragones nie nakazał grać swoim bocznym obrońcom zbyt ofensywnie – przeciwnie, Capdevila i Ramos tylko od czasu do czasu włączali się do gry podchodząc aż pod pole karne. Z kolei w zespole Rosji jednym z najlepszych zawodników był lewy obrońca Żirkow, którego akcje siały popłoch w szeregach Hiszpanów – zwłaszcza, gdy Sergio Ramos zapędził się zbyt daleko do ataku. Brakowało jednak dobrej gry kombinacyjnej, choć w pierwszej połowie z przyjemnością patrzyło się na grę Rosjan przed polem karnym przeciwnika. Zabrakło jednak kogoś w typie Arszawina. Sam Pawljuczenko nie był w stanie pokonać Casillasa, choć pokazał się z bardzo dobrej strony. Hiszpania miała nieco lepiej opanowany środek pola i szybkich atakujących – to przeważyło.
Mimo że w spotkaniu Grecja – Szwecja nikt nie spodziewał się fajerwerków, rzeczywistość przerosła chyba wszystkich. Samo ustawienie zespołu Rehhagela, 5-4-1, sugerowało wiadome podejście do gry, ale oglądanie trzech środkowych obrońców z Hellady, którzy przy stanie 0:0 przez dobrych parę minut wymieniają piłki tylko między sobą, sprawiało naprawdę piorunujące wrażenie. Mało tego – podobne obrazki zdarzały się już nawet przy stanie 0:1. Zresztą reakcja Rehhagela na straconego gola mówiła wszystko. Nieco wcześniej przy przerwie w grze można było obejrzeć taki obrazek – pięciu Szwedów rozmawia ze sobą stojąc w kółeczku. Nietrudno się domyślić, co było tematem rozmowy. W finale pucharu UEFA Glasgow Rangers grali bardzo defensywną piłkę, ale to, co pokazali podopieczni Rehhagela w tym spotkaniu, to absolutnie niespotykany system gry na skalę światową i ucieleśnienie antyfutbolu. Dość powiedzieć, że jedyny napastnik, Gekas, zszedł w połowie. Grał zbyt ofensywnie. Zastępujący go Samaras przy stanie 0:0 cofał się ciągle na swoją połowę i walczył o odzyskanie piłki. Trudno jednak powiedzieć, po co, bo jej posiadanie nie dawało Grekom absolutnie żadnej przewagi. Ich była atak pozycyjny to niezwykle perfekcyjna i ostrożna gra na czas. Za gola musimy być wdzięczni Henrikowi Larssonowi, bo to on kapitalnym oddaniem piłki z klepki zrobił miejsce Ibracadabrze. Znowu! Pamiętamy ciągle finał LM z 2006 roku. To było podanie tej samej klasy. Druga bramka to już dobijanie bezradnego przeciwnika, który nie miał przygotowanego wariantu ofensywnego. W dodatku Hansson bardziej został nabity piłką niż sam strzelił tego gola. Doświadczenie absolutnie fascynujące, ale chyba nie da się znaleźć nikogo, kto kibicowałby Grekom. Oprócz samych Greków.