Holandia po kolei uśmierca albo przynajmniej kaleczy swoich rywali do tytułu. Po mistrzach świata przyszła kolej na wicemistrzów. Tymczasem mistrzowie Europy dumnie kroczą w kierunku półeczki z napisem “najgorsza drużyna ME”.
Mecz Włochów z Rumunią miał wyłonić najważniejszego pretendenta do drugiego miejsca, o ile Francuzi nie poradziliby sobie z Holendrami. Obydwie drużyny podeszły do konfrontacji bardzo poważnie i niemal od początku bramkarze mieli pełne ręce roboty. Squadra azzura zagrała w przemeblowanym składzie – o ile Daniele de Rossi i Simone Perrotta znakomicie zastąpili swoich kolegów, o tyle najsłabszy w poprzednim meczu Camoranesi i zaczynający tym razem w pierwszym składzie del Piero wyraźnie zawodzili. Luca Toni też nie był tym Tonim, którego widywaliśmy w barwach Bayernu w poprzednim sezonie. A Rumuni czując się bardzo dobrze w szybkim ataku skrzydłem dość często nękali włoskich obrońców. Mimo wszystko to Włosi strzelili pierwszego gola, ale błąd asystenta sprawił, że musieli się obejść smakiem. W drugiej połowie Gianluca Zambrotta, który podawał do Toniego przy nieuznanym golu, podawał głową piłkę do Buffona tak nieudolnie, że wyskakujący zza jego pleców Adrian Mutu był przy niej pierwszy i czubkiem buta skierował do siatki. Gdy chwilę później Christian Panucci wyrównał stan meczu po doskonałym zgraniu główką Chielliniego, wydawało się, że Rumunia postawi na defensywę. Mimo to Adrian Mutu dostał swoją szansę po faulu Panucciego w polu karnym, dość podobnym do zachowania Mariusza Lewandowskiego z dnia poprzedniego. Bohaterem meczu pozostał jednak Gianluigi Buffon – fantastyczna interwencja i Mutu do końca dnia miał nad czym rozmyślać. Jeśli wskazać jednego zawodnika, który mógłby z nim rywalizować o to miano, jedynym słusznym wyborem wydaje się jego vis a vis, Bogdan Lobont.
Francuzi przystępowali do meczu z liderem grupy w bardzo złej sytuacji. Wydawało się, że będą walczyć jak lwy, byle tylko wydrzeć rywalom 3 punkty. Pierwszy przykład dał Florent Malouda, który tak mocno walczył z Dirkiem Kuytem, że wolał go trzymać za koszulkę (czemu nie było karnego?) niż przystawić głowę do piłki. Efekt? 1:0. Skoro już przegrywali, trzeba było się wziąć do roboty. Sprawdzona taktyka, czyli podanie do Ribery’ego została wprowadzona w czyn. Ribery starał się, rozgrywał, podawał kolegom (choć wiedział, że jest to obarczone sporym ryzykiem, bo koledzy bez formy), walczył też w defensywie. Jeszcze dwa lata temu miałby spore wsparcie w innym wielkim piłkarzu, ale Thierry Henry zupełnie nie trafił z formą na ME. Nie ma się zresztą czemu dziwić po takim sezonie. Znowu przyzwoicie zagrał Toulalan, o niebo lepiej od Abidala wypadł Patrice Evra, Sagnol tym razem zaliczył nawet asystę, ale to nie pomogło. Holendrzy bezsprzecznie panowali na boisku, nawet wtedy, gdy się bronili. A van Basten zadziwił odwagą zmieniając w przerwie ustawienie na bardziej ofensywne – za defensywnego pomocnika Engelaara wszedł Arjen Robben. Po raz kolejny znakomity mecz rozgrywał van der Sar, który uchronił pomarańczowych od utraty paru goli, ale to nie miało aż takiego znaczenia – różnica w umiejętności grania w ataku była kolosalna. Francuzi bili głową w mur, Holendrzy podchodzili spokojnie z młotkiem i wyrąbywali dziury. A majstrem był Wesley Sneijder, który był niemal zawsze pod grą. Pomimo nominalnego ustawienia na lewej pomocy nie musiał się martwić o bieganie po linii, bo to wykonywał za niego van Bronckhorst, nie tak widoczny jak w pierwszym meczu, ale nadal solidny. W drugiej połowie zajmował się tym Robben i jego akcje zaowocowały dwoma golami, zresztą przy drugim kompletnie ośmieszył Thurama i Coupeta. Jedynych słabszych punktów w grze Holandii można się doszukiwać w linii obrony, ale trzeba przyznać, że dotychczas Mathijsen i zwłaszcza Ooijer grają bardzo pewnie, a pozornie nieruchawy Orlando Engelaar i dla odmiany bardzo ruchliwy Nigel de Jong są dla nich idealnym uzupełnieniem.
Jeszcze przed trzecim meczem grupy D można było w ciemno zakładać, że Hiszpanie będą atakować, a Szwedzi bronić. Trzeba jednak przyznać, że jedni i drudzy grali bardziej otwartą piłkę niż można było sądzić. Już w pierwszym meczu kapitalnie grali czterej najbardziej ofensywni zawodnicy iberyjskiej drużyny – Iniesta, Silva, Torres i Villa. Również pierwszy gol spotkania z reprezentacją Trzech Koron był zasługą części z nich. W ataku zespół Aragonesa czuje się znakomicie, z obroną jednak jest zwykle, co pokazał Zlatan Ibrahimović. Warto zwrócić uwagę, że po nie do końca udanym przyjęciu piłki znakomicie się zastawił, a atakujący go wślizgiem Sergio Ramos zamiast w piłkę trafił w jego nogę, co jednak przypominało próbę ścięcia drzewa przy pomocy śledzia. Można się zastanawiać, czy Casillas nie miał szansy obrony tego strzału. Ale remis stał się faktem i choć Hiszpania ciągle ogrywała Szwedów w polu, to dzięki dokonującemu cudów w bramce Andreasowi Isakssonowi i ambitnie walczącym obrońcom wynik pozostawał bez zmian. Popisową partię rozgrywał Marcos Senna, na którym kończyła się większość i tak już nielicznych szwedzkich ataków. W samej końcówce wydało się, dlaczego Luis Aragones preferuje ustawienie z dwoma napastnikami – dzięki temu przynajmniej jeden z nich ma szansę dogonić piłkę wybitą totalnie na pałę. Kapitalne dotknięcie piłki, które pozwoliło minąć Hanssona, to zasługa ogromnych umiejętności Davida Villi. Potem pozostało jedynie zostać bohaterem, co też napastnik Valencii uczynił. Być może wreszcie stanie się gwiazdą z absolutnej światowej czołówki.
Po pierwszym meczu Greków prawdopodobnie ciężko było znaleźć kogokolwiek neutralnego, kto chciałby im kibicować. W drugim nie zagrali już z piątką obrońców, w tym jednym mającym za zadanie zgniatać napastników drużyny przeciwnej. Być może było to błędem, bo największym zagrożeniem dla nich był właśnie Roman Pawliuczenko – po meczu bez gola na koncie, ale z ogromną ilością strzałów. Grecy ponownie zagrali kompletnie bez pomysłu, a nawet dośrodkowania nie stanowiły większego zagrożenia. Z kolei Rosjanie pomysłów mieli aż w nadmiarze, ale gola strzelili po grubym błędzie Nikopolidisa, który zupełnie bez sensu wybiegł z bramki za piłką. Przy niej pierwszy był Siergiej Siemak, który zagrał piłkę na środek pola karnego w nadziei, że ktoś tam będzie. I był – Konstantin Żyrianow, jeden z najlepiej ustawiających się rosyjskich zawodników. W dodatku zupełnie nieobstawiony. Mit o solidności greckiej defensywy legł w gruzach. Tymczasem rosyjska po lekkim przemeblowaniu spisywała się znacznie lepiej, Siemak grał niemal jak Makelele za swoich najlepszych czasów, a Jurij Żyrkow ponownie był nie do zabiegania po swojej stronie. On i Daniel Pranjić są doskonałymi przykładami na to, że ustawianie bocznych pomocników na boku obrony może być znakomitym posunięciem. Rosjanie mogli wygrać wyżej, ale Pawliuczenko musi poprawić skuteczność, jeśli chce wskoczyć na najwyższy światowy poziom.